Start:  11 sierpnia 2006, godz. 09:00, Plac JPII (Stary Rynek), ZGIERZ.  
Ekipa: Luśka, Yakris, Yaroo und Stahoo. 
Trasę oprac.Yaroo. 
 
Dzień  1 (11.08.06) 162 km. Poranek mglisty i pochmurny nie wróżył         
dobrej pogody, jednak po dojechaniu na Plac JPII w Zgierzu wypogodziło  
się pięknie. Po krótkiej rozmowie i okolicznościowych foto wyruszyliśmy    
w drogę. Minimum bagażu w małych plecakach. Jedynie Yakris zabrał            
sakwę. 
Przez Grotniki, Ozorków i Parzęczew do Uniejowa, gdzie był 1/2  
godzinny popas. Dalej 
przez Turek do Tuliszkowa. Tu spotkaliśmy  
samotnego, młodego sakwiarza z Łodzi, na wakacyjnej włóczędze. Po chwili  
rozmowy pożegnaliśmy się i podążyliśmy swoimi szlakami. W połowie drogi  
za Rychwałem nadciągnęły chmury, a tuż przed Grodźcem deszcz lunął  
jak z cebra. Ulewę przeczekaliśmy pod autobusową wiatą w centrum  
miasteczka. 
Przez Świerczynę i Giżałki dotarliśmy do Żerkowa na nocleg w  
schronisku młodzieżowym. 
Dzień  2 (12.08.06) 
Żerków, Książ Wlkp., Śrem, Czempiń, Kawczyn,   Bonikowo, Grodzisk Wlkp., 
Nowy Tomyśl, Str. Tomyśl.
 125 km. 
Słonecznie i miło. Czas upłynął nam na pedałowaniu i uzupełnianiu kalorii.  
Drogi w Wielkopolsce są dobre. Mijane miasteczka sympatyczne i  
schludne.Po drodze pstryknąłem foto zabytkowego kościoła i figur świętych  
w Bukowcu i Bonikowie
Do Nw. i Str. Tomyśla dotarliśmy jeszcze w promieniach słonecznych. 
Mamy dużo czasu na na kolację w schronisku młodzieżowym.
Tu zdarzyło się coś śmiesznego. Trzeba było zagotować wodę. Jest kuchnia gazowa, a 
na jej płycie dużo wypalonych zapałek. Zapasu jednak nie znajdujemy. 
Czy kolacja na zimno? Rad  nie rad, szoruję w klapkach do sklepiku. Zamknięty, ale w 
pobliżu jest jeszcze jeden i w nim kupuję zapałki i dżem. Wracam. 
Towarzycho wita mnie gromkim śmiechem. Co jest? - Kuchnia ma iskrownik, słyszę w  
odpowiedzi...Yaroo stwierdza, że to wszystko przez skłoność do metod  
detektywa Holmesa. Za oknem Słońce żegna nas krwawym  
zachodem. 
 
Dzień 3 (13.08.06) Nowy Tomyśl, Zbąszyń, Trzciel, Międzyrzecz, Sulęcin, 
Brzeźno, Lubień, Grabno, Ośno Lub.,  Gronów, Stańsk, Czermów, 
Kostrzyń n. Odr.
 Ok. 155 km. 
Od świtu siąpi deszcz. Yaroo chce przeczekać, ale zasnute chmurskami niebo nie daje 
nadziei na rychłe rozpogodzenie. W drogę!  Jedziemy w  deszczu o różnym 
nasileniu. Mocniej pada 
w Dąbrówce Wlkp., więc zatrzymujemy się pod drewnianą 
wiata vis a`vis budynku dawnej szkoły polskiej z okresu międzywojnia. Niczego nie 
przeczuwający Yaroo z ufnością opiera rower o barierkę wiaty, a tylne koło jego 
Cypressa ląduje na zdradziecko rzuconej w tym miejscu pinezce. Jest sygnał do dalszej 
drogi więc ruszam z Luśką. Jestem przekonany, że koledzy jadą za nami. Kiedy po  
jakimś czasie oglądamy się chłopaków nie widać. Po 10 km za wsią  
Chociszewo telefon z info o gumie i kłopotach z pomką. Zawracam wioząc  
długaśną, bardzo wydajną pomkę Luśki. Kiedy spotykam pod wiatą kolegów,  
dowiaduję się o paskudnej pinezce. Koleżanka w tym czasie  
wytrwale kręci 
w kierunku Międzyrzecza, do którego wpada jako pierwsza.  
Luśka trafia tam do sklepu, w którym 
sympatyczna ekspedientka Pani  
Ksenia podejmuje nas gorącą herbatą.
 To prawdziwe wybawienie dla  
przemoczonych i trzęsących się z zimna cyklistów. Na posadzkę ścieka z nas 
nadmiar wody. W sklepie pożeramy przygotowane wcześniej kanapki.  
Żartujemy i po miłych przekomarzaniach z naszą dobrodziejką żegnamy się i  
jedziemy w kierunku Sulęcina. Będziemy długo wspominać "naszą"  
uśmiechniętą Ksenię :-). Po drodze łapię gumę. W czasie wymiany dętki  
mija nas 
grupa niemieckich cyklistów wracających do Berlina. Wkrótce  
wyprzedzamy ich. Wieczorem na kostrzyńskim dworcu PKP widzimy jak  
wsiadają do pociągu. Znowu mokniemy. 
Pada prawie do samego Kostrzynia.  
Baza w szkolnej noclegowni. Kiepskie warunki, ale jest dach nad głową.  
Wszystko przemoczone. Odzież schnie z miernym skutkiem. Buty SPD  
dosychają nastepnego dnia w drodze do stolicy Niemiec. 
 
Dzień  4 (14.08.06) Kostrzyń, Berlin, Kostrzyń. 206 km.Skoro świt  
ruszamy ku granicy. Już w Niemczech, tuż za Kustrin Kietz wywrota. Na  
kolejowych szynach, po poślizgu przewraca się Yaroo. Upada na prawy bok,  
a rower na niego. 
Leje się krew. Pokiereszowane łokieć i bok  
kolana. Mocno nadwyrężona dłoń i klasycznie zjechana o asfalt rękawiczka.  
Przymusowa przerwa na pozbieranie się i drobne naprawy. Droga bardzo  
dobra. Natomiast ścieżki rowerowe w miasteczkach są dla nas bardzo  
uciążliwe. Na asfalcie niemieccy kierowcy wyprzedają nas szerokim łukiem.  
Jeśli jakiś samochód zawzięcie trąbi, albo ociera się o nas karoserią to  
niestety na polskiej rejestracji. Przeciąwszy
 Berliner Ring jedziemy Frankfurter 
Allee i Karl-Marx Allee ku Alexanderplatz
. Poruszamy się w większości  
drogami dla rowerów dobrze zrobionymi i poprowadzonymi. Im bliżej  
centrum tym więcej samochodów i rowerzystów. Jedni drugim nie  
przeszkadzają. Kierowcy przed wykonaniem manewru skrętu jeśli mają  
przeciąć drogę dla rowerów, zatrzymują się przed nimi. Bezpiecznie  
docieramy 
do Reichstagu i Bramy Brandenburskiej. Po najbardziej znanych  
miejscach włóczymy się do późnego popołudnia. Wszędzie pełno turystów.  
Zgiełk wielkiego miasta. Samochody, samochody i rowery. Dużo rowerów w  
ruchu i zakotwiczonych do stojaków i barierek. Szkoda, że brak czasu nie  
pozwala nam na dłuższy pobyt w Berlinie. Tak niewiele zobaczyliśmy. Czas  
jednak wracać. 
Do Kostrzynia docieramy w kompletnych ciemnościach. 
 
Dzień 5  (15.08.06) Kostrzyń, Gorzów, Strzelce Krajeńskie, 
Dobiegniew 
ok.101 km., Zgierz(PKP), Łodź-Kaliska/Łodź. Opuszczamy Kostrzyń
Drogami nr 132 i 22 wzdłuż, których prowadzi droga rowerowa, w większości  
asfaltowa, śmiganie jest wręcz pyszne. Jednak tam gdzie jest kostka betonowa,  
szybka jazda staje się udręką, więc mimo, że nie wolno :-), korzystamy na  
równi  z autami z nowiutkiego asfaltu. 
Wjazd do Gorzowa Wlkp. koszmarny.  
Na zabytkowej kostce rozjechanej i pofałdowanej wpadamy w  
wibracje. Wreszcie 
Dobiegniew. W pociągu, a jakże, miejsce dla rowerów  
znajdujemy w WC :-[. Tak życzy sobie konduktor :-P Czas spędzony przymusowo w  
pociągu upłynął nam dość szybko i krotochwilnie. Yakris pożegnał nas w  
Zgierzu. W Ł-Kaliskiej jeszcze zamieniam się na SPD-y z Luśką i rozjeżdżamy  
się do domów.  Dobiegniew (PKP godz. 14:21) - Łódź Kaliska o godz.  
19:21. 
foto
grafie  
 

*     
ROWEREM ZA GRANICĘ
 VILNIUS
 2004
WIEN 2005
BUDAPEST 2006
PRAHA 2007



yo, bike!

Berlin 2006